Receznje

Stefan Chwin "Zwodnicze piękno. Esej o pięknie, dobru i wolności"

sierpień 16, 2019
Jeżeli jest coś, co naprawdę warto przeczytać - z całą pewnością jest to „Zwodnicze piękno” Stefana Chwina.
Kalendarium

Kalendarium Radia Istebna - 16 sierpnia

sierpień 16, 2019
Zdarzyło się...
Receznje

Władysław Tatarkiewicz "O szczęściu"

sierpień 16, 2019
To będzie jedna z najtrudniejszych opinii, jakie przyszło mi sklecić, bo i mętlik mam w głowie większy niż zwykle po tej lekturze, a sięgałam po nią z nadzieją i wiarą, że wreszcie znajdę odpowiedź, sposób aby urzeczywistnić moje prywatne, osobiste…
Kalendarium

Kalendarium Radia Istebna - 14 sierpnia

sierpień 14, 2019
Zdarzyło się...
Receznje

Fiodor Dostojewski "Dzieła wybrane"

sierpień 13, 2019
"Skrzywdzeni i poniżeni"W zasadzie moje pierwsze spotkanie z Dostojewskim, bo kilka lat temu zaczęłam "Zbrodnię i karę" ale nie przebrnęłam. Być może nie byłam na nią gotowa, emocjonalnie, intelektualnie. Teraz, po lekturze, dalej utrzymuję, że gotowa na Dostojewskiego nie jestem…
Informator

Najstarszy wiersz erotyczny jest starszy niż sądzono.

sierpień 12, 2019
Pierwszy wiersz erotyczny napisany około 200 lat wcześniej.

TAJEMNICA RUCHU - MICHAŁ DANIELEWICZ

Aleksander Ford naprawdę nazywa się Aleksander Ford, ale na świat przychodzi jako Mosze Lifszyc. Prawda dokumentów zaczyna się w tym punkcie rozjeżdżać: przyszły reżyser urodził się w 1907 albo 1908 roku

1908 roku – mniej więcej wtedy, kiedy Aleksander przychodzi na świat – sędziwy mężczyzna idzie niespiesznie przez las. Spod krzaczastych brwi wyziera czyste spojrzenie, siwa broda opada swobodnie na spłowiałą koszulę. Takie koszule noszą zazwyczaj chłopi, ale ten człowiek to hrabia. Zbliżają się jego osiemdziesiąte urodziny.
Na cichą prowincję zjeżdżają dziennikarze, najwięcej z Moskwy i Sankt Petersburga. Okazują siwobrodemu szacunek bliski czci i zadają pytania. Jak zdrowie? Nad czym teraz pracuje? Co w życiu jest ważne?
Staremu mężczyźnie szczególnie ważna wydaje się miłość bliźniego.
Wśród przyjezdnych dziennikarzy jest młody człowiek, którego nie zadowala rozmowa i wspólna herbata. Właściwie to nie ma żadnych pytań, ale przywiózł ze sobą kamerę i chciałby go trochę nakręcić.
Starzec po namyśle się zgadza.
Najpierw ujęcie, jak niespiesznie idzie przez las – powtórzone dwa razy.
Filmowiec pyta, czy zgodziłby się na więcej.
Starzec się zgadza: w kolejnym ujęciu wychodzi z rodziną przed dom. Potem przechadza się po ogrodzie, następnie – ku uciesze filmowca – dziarsko piłuje ogromne drzewo. Siwobrodego ciekawi ten wynalazek. Jak jest skonstruowana kamera? Jak działa? Co jeszcze się kręci prócz starych ludzi? Na koniec pozwala sfilmować, jak leży w łóżku.
Człowiek z kamerą odjeżdża, ma więcej materiału, niż marzył. Jest pewien, że film pójdzie we wszystkich kinach Rosji. A potem myśli sobie, że w końcu to Tołstoj, i cała Europa będzie to chciała oglądać.
Starzec też jest podekscytowany. Zamiast odpowiadać na pytania kolejnych dziennikarzy, dzieli się swoją refleksją.

– Zobaczycie, panowie – mówi, podnosząc palec do góry gestem świętego mędrca – że ta osobliwa skrzynka z korbą wywróci nasze życie do góry nogami. Mówię o życiu naszym, czyli pisarzy, nowe metody pisania okażą się konieczne. Mnie się to nawet podoba, taka szybka zmiana scen i nastrojów. Kaskady przeżyć! To jest doprawdy bardziej zajmujące aniżeli wałkowanie powieści przez całe tomy. Powiem nawet, że jest to znacznie bliższe samego życia, bo i tam następują po sobie częste zmiany, a przeżycia duchowe człowieka bywają nagłe jak huragan. Kinematograf zdradził nam tajemnicę ruchu. W tym tkwi jego wielkość.

Mniej więcej wtedy Anna rodzi po raz czwarty. Rodzina wreszcie doczekała się syna.

*

Aleksander Ford naprawdę nazywa się Aleksander Ford, ale na świat przychodzi jako Mosze Lifszyc. Prawda dokumentów zaczyna się w tym punkcie rozjeżdżać: przyszły reżyser urodził się w 1907 albo 1908 roku. Może to urzędowa pomyłka. Może on sam żongluje datą z przyzwyczajenia. Może po prostu jej nie zna. Może to cyferka bez większego znaczenia, jak dla Szymona Mondszajna? Ten rzeźbiarz z ubogiej rodziny żydowskiego rymarza przebył podobną drogę co Ford – z zatęchłej izby na kulturalne salony. Szymon wyznaje otwarcie: „Urodziłem się właściwie nie wiem punktualnie, w którym roku. Pamiętam tylko, że ojciec i matka prawie ciągle kłócili się co do mojego wieku. Wiem tylko, że się urodziłem. A kiedy? Co to mnie i was nawet obchodzi?”.
Nowoczesny świat nie da mu żyć bez dat. W encyklopedii będzie można przeczytać, że Mondszajn zmarł w Paryżu w wieku dziewięćdziesięciu jeden lat. Ale dla człowieka, który dopiero na pewnym etapie życia otrzyma łatkę z gregoriańskiego kalendarza, rok wte lub wewte mógł być zaledwie drobną niepunktualnością. Ostatecznie jakie to ma znaczenie? Czy mówi to coś o człowieku?

Kilkuletni Mosze przyjeżdża wraz z rodziną z Kijowa do Łodzi. Prawdopodobnie – to nie jest do końca pewne.
Aleksander Ford junior – jego najstarszy syn – będzie czasem twierdzić, że tata urodził się w Łodzi. Wie o tym od matki, bo ojciec na takie tematy z nim nie rozmawiał. Czasem zaś powie, że ojciec do Łodzi przyjechał z Kijowa, bo tak mówiła mu ciotka Celina.
W swoich opowieściach o ojcu Junior będzie się miotać między tymi miastami do końca życia.

Jest jeszcze książka zatytułowana „Aleksander Ford”. Powstała na podstawie kilkudniowej rozmowy z reżyserem, który zgodził się na nią pod jednym warunkiem: żadnych cytatów.
Książka zaczyna się tak: „Aleksander Ford urodził się 24 listopada 1907 roku w Warszawie”. Musiało go ponieść podczas rozmowy.
Kolejne zdania w książce brzmią tak: „Studiował historię sztuki na Uniwersytecie Warszawskim. W czasie studiów zaczął interesować się filmem…”. Dalej jest już opowieść o filmach, ich kręceniu, a także o ich społeczno-politycznej wymowie. Wszystko, czego można dowiedzieć się o Fordzie jako człowieku, jest zawarte właściwie w trzech pierwszych zdaniach.
Junior czytał tę książkę. Dowiedział się z niej o przedwojennych filmach, o których ojciec nie chciał mu opowiadać.

Aby być precyzyjnym: ciotka Celina wspominała, że do Łodzi przyjechali z Kijowa. Ale nikt jej nie pytał, czy stąd wyruszyli. Kijów mógł być stacją pośrednią, wcześniej mogła być jakaś wieś albo małe miasteczko.
Ojcem Aleksandra Forda jest Daniel Lifszyc, który pracuje w łódzkiej fabryce włókienniczej jako majster. W skąpych wspomnieniach Forda bywa też drobnym kupcem, inżynierem i nauczycielem. Pod koniec życia Ford opowiada o tym, jak ojciec uczył go grać w tenisa. To wszystko, co o Danielu wiadomo. Jeszcze tylko to, kiedy umarł.
O matce wiadomo jeszcze mniej. Imię: Anna, nazwisko panieńskie: Dowgalewska, pochodzenie: Rosjanka. Żyje „przy mężu”, niestrudzona matka pięciorga dzieci. Mosze ma młodszego brata i trzy starsze siostry.

– Rodzeństwo? – zamyśli się Elinor, jego druga żona. – W Polsce to skomplikowane, wy na kuzynkę czasem mówicie „siostra”.
Elinor do dziś nie jest pewna, czy te kobiety, które poznała, to były jego kuzynki czy siostry.

*

Lifszycowie przyjeżdżają do Łodzi kilka lat przed pierwszą wojną światową w poszukiwaniu lepszego życia. To kiepski czas na szukanie go tutaj. Dynamiczny rozwój łódzkiego przemysłu wytraca tempo, a coraz bardziej wszechstronne maszyny sprawiają, że zapotrzebowanie na pracowników maleje. Tymczasem to właśnie teraz miasto zalewa największa fala przyjezdnych – pchające ich tutaj nadzieje zostały w tyle za pędzącą rzeczywistością. W latach 1900–1915 Łódź podwaja liczebność, w czym Lifszycowie też mają swój skromny udział.
To miasto przyciąga jak żadne inne. Tutejsi nazywają je „kominogrodem”, ale istota łódzkiego czaru to pałace i wille rozsiane po całym mieście. Luksus beztrosko sąsiaduje tutaj z biedą czynszowych domów i zapadających się chałup. W Łodzi bogactwo jest namacalne i bliskie. Biedak żyje tutaj w poczuciu, że ma je na wyciągnięcie ręki.

Daniel zapewne zaczyna w Łodzi jako gorliwy i wystraszony robotnik łapiący się jakiegokolwiek zajęcia. Musi być pracowity i zdyscyplinowany, skoro zdobywa posadę majstra. Może być dumny z zajmowanego stanowiska – nadzoruje robotników trzeciego sektora czwartej hali i odpowiada za nich przed głównym majstrem oddziału. Majster chyba przed samym dyrektorem. Nad dyrektorem jest właściciel, a nad nim unoszą się już tylko wyniki okresowe, kontrakty oraz idące w miliony zobowiązania w różnobarwnych walutach.
Daniel dużo sobie zawdzięcza. Ludzie, którzy wiele osiągnęli własną pracą, miewają tendencje do wyolbrzymiania tych zasług. Wydaje im się, że wszystko w zasadzie zdobyli sami, że liczyć mogą tylko na siebie. Może źródeł skrajnego indywidualizmu Forda należy szukać w postawie i przejściach ojca?
Zajrzyjmy na chwilę do mieszkania Daniela, które ma niewiele wspólnego z naszymi wnętrzami. Jesteśmy w sporej izbie z oknami ledwo wystającymi nad ziemię. To suterena, w której nigdy nie robi się widno. Rozświetlona smolistym światłem lampy stojącej na piecu. Właśnie trwa rodzinna kolacja. Daniel i Anna siedzą u szczytów niedługiej ławy. Po bokach piątka ściśniętych dzieci zajada parującą fasolę i kaszę. Mlaszczą z głowami pochylonymi nad michą, nikt nic nie mówi. Dzieciaki poznały już, co to głód, takie nie gadają, gdy jedzą. Daniel delektuje się tym wieczornym obrazkiem, w półmroku błyszczą mu oczy.

Pod koniec lat 70. Zbigniew Kuźmiński odwiedzi Forda w Danii. Zjedzą razem kolację. Kuźmiński zachowa z niej wspomnienia jakichś mętnych rozmów pełnych goryczy i żalu. I jedną wyrazistą scenę.
Po skończonym jedzeniu Ford zgarnia dłonią okruchy ze stołu. A potem je zjada.
Ford co prawda jest wtedy bankrutem, ale bycie bankrutem w Danii lat 70. nie wiąże się z widmem głodu. Wygląda to raczej na reminiscencję trudnego dzieciństwa, jakby ciężka sytuacja pod koniec życia obudziła w nim uśpione nawyki.
Zresztą głód zaglądał mu również do filmów. Kuźmiński zapamięta drobną scenę z pierwszego głośnego i nieistniejącego już dzieła: kobieta nerwowo oskrobuje nożem ścianki miseczki – wybiera resztki masła na kanapkę dla dziecka, które jest już spóźnione do pracy.
W innym jego filmie młodziutki pacjent sanatorium napycha rogalami kieszenie. Posiłki w sanatorium wydawane są trzy razy dziennie, chłopiec woli jednak mieć jedzenie przy sobie. Na wszelki wypadek.
„Kto chleb ze sobą nosi, ten o niego nie prosi” – to powiedzenie z czasów Polski międzywojennej.

*

– Tradycja mówi nam wszystko. Jak jeść, jak spać, jak się ubierać – tłumaczy uśmiechnięty brodaty Tewje w jednej z pierwszych scen „Skrzypka na dachu”. On sam będzie musiał wkrótce wybierać między tradycją aranżowanych małżeństw a szczęściem córek, które chcą małżeństwa z miłości.
Pierwsza pokochała biednego krawca. Tewje z oporami akceptuje jej wybór.
Druga zakochuje się w rewolucjoniście z Kijowa – na to małżeństwo ojciec nie może się zgodzić. Ale młodzi wcale go o zgodę nie proszą. Sami zdecydowali. Chcieliby tylko, żeby im błogosławił. Bezsilny Tewje w końcu im błogosławi i wciska też pozwolenie.
Trzecia córka pokochała Fiedkę. Biedak albo komunista – to jeszcze ujdzie, ale ten nie jest Żydem! Tewje wyrzeka się córki.

„Skrzypek na dachu” z nostalgią opowiada o rozpadzie świata tradycyjnej społeczności żydowskiej. Mieszkańcy małej Anatewki to ludzie kłótliwi, ale w gruncie rzeczy dobroduszni. Mają poczucie humoru i rytmu, dużo śpiewają i tańczą.
Ten mały światek ma też drugie oblicze. Takie, na które w tym filmie nie mogło być miejsca.„Gdy dziewczyna i chłopak próbowali ukazać się razem na ulicy w czasie sobotniego spaceru, obrzucano ich kamieniami” – zanotowała Maria Kamińska w książce „Ścieżkami wspomnień”. W latach 20. przyjechała do Drohiczyna z Warszawy, żeby pracować jako nauczycielka żydowskich dzieci. „Zostałam nagle przeniesiona w świat pełen przesądów i zabobonów, w świat tchnący głębokim średniowieczem”.
Wspólnota żyjąca w diasporze tworzy sieć reguł gęstych jak kokon. Im bardziej świat wokół się zmienia, tym kokon robi się twardszy.

W początkach XX wieku coraz więcej ludzi ma wrażenie, że nastała „epoka, która nie ma czasu, która spieszy się nie wiadomo dokąd” (to Szolem Alejchem, autor „Dziejów Tewjego Mleczarza”). Nastał czas matematyków i elektryczności, czas formowania nowoczesnych państw i społeczeństw. Dla wielu ludzi to już nie religia, lecz nowoczesność – wiara w naukę i technikę – żyruje obietnicę lepszego losu. Trudno pogodzić jedno z drugim, szczególnie w tradycyjnej wspólnocie żydowskiej.

Lifszycowie trafili do Łodzi w pogoni za lepszym życiem, ale gonitwa bywa formą ucieczki. Rodzina mogła uciekać od niszczącej biedy. I od chederu, gdzie Mosze uczyłby się czytać, żeby zgłębiać historię sprzed trzech tysięcy lat, ale nie dowiedziałby się niczego na temat stu ostatnich.
Lifszycowie mogli uciekać od dzielenia świata na Żydów i gojów.
Od tradycji, która dyktuje im wszystko.
Ucieczka zaczęła się na długo przed Łodzią, skoro Daniel ożenił się z Rosjanką. Ale mimo wszystko czuł się chyba głęboko związany ze starym światem, skoro dał synowi tradycyjne żydowskie imię.
W Łodzi Lifszycom może być ciężko nie tylko ze względu na brak pieniędzy. Ich wschodni akcent kojarzy się tu z zacofaniem. O takich jak oni mówi się tu „litwacy” – to pogardliwe określenie wsiowego, ciemnego Żyda. Szczególnie niechętni litwakom bywają Żydzi, którzy nowoczesność wybrali już wcześniej – początkujący asymilanci są dla nich czymś w rodzaju kłopotliwego memento. Nowicjusze świeżym okiem łatwo wyławiają składniki wielkomiejskiego życia, bywają jednak niezgrabni w ich naśladowaniu. Gdy zdeterminowany litwak wychodzi z dziećmi na miasto w dniu, który kiedyś był dla niego szabasem, wygląda to bardziej jak przemarsz karnego oddziału niż rodzinna przechadzka.
Pretendujący do nowoczesności litwak jest wyklęty przez tradycyjną społeczność żydowską jako odszczepieniec i traktowany z wyższością przez zasiedziałych obywateli społeczeństwa przemysłowego. W nabitej ludźmi Łodzi ciśnienie musi być szczególnie wysokie.

Poszukując źródeł płynnej tożsamości Forda, można wyobrazić sobie Daniela, który powtarza dzieciom, że nie przyjechali tu ze wsi, tylko z samego Kijowa. Skoro wschodniego pochodzenia całkiem nie zatrze, chciałby przynajmniej je podrasować. Cieszy go, że Mosze pozbył się litwackiego akcentu.
Ojciec ćwiczy siebie, żonę i dzieci w powadze oraz powściągliwości, w których upatruje esencji człowieka nowoczesnego. Daniel z powagą traktuje przełożonego, fabrykę, maszyny, robotników, rodzinę i cały ten świat zasnuty dymami z kominów i luf wielkiej wojny, która z czasem okaże się pierwszą. Danielowi nie podoba się, że Mosze chce iść do teatru rozmaitości. Jarmarczne uciechy psują synowi charakter, miasto i tak już szumi mu w głowie.

Tamto kino ma niewiele wspólnego z tym, które znamy. Tamte filmy nie nazywają się nawet filmami.

Kolacja u Lifszyców skończona, fasola i kasza są już tylko przyjemnym wspomnieniem. Mosze próbuje przekonać rodziców, że okazje są po to, aby móc z nich korzystać. W Uranii na Cegielnianej pokazują żywe obrazy. Kupując dwa bilety, można za darmo wziąć dziecko. Wszyscy koledzy już byli.
– A siostry i brat? – pyta matka. – Pięć razy będziemy tak biegać?
– Wykluczone – wyrokuje ojciec. – Choćby dawali bilety dla całej rodziny i wszystkich sąsiadów. Ty nie szejgec, żeby po teatrzykach się włóczyć, ani my rodzice takiego.
Teatr rozmaitości to pijani pianiści i świecące gołymi ramionami tancerki. Albo jeszcze gorzej. Daniel, wracając z pracy, widywał nieraz plakaty na murach. Jak choćby ten reklamujący występ kinematograficznej artystki „w płomieniach z żywymi wężami”. Pola Negri, odtwórczyni głównej roli w „Niewolnicy zmysłów”, przyjeżdża do Łodzi, żeby dać pokaz na żywo. Węże wprawdzie okażą się węgorzami, ale to nie mogłoby wpłynąć na opinię Daniela.
Ten film, na którym koledzy już byli, to chyba western. Wydawnictwo Lądy i Morza wydaje zeszyty z serii „Winnetou” i już się niesie po Polsce (która Polską w tej chwili nie jest) indiańsko-kowbojska gorączka dziecięca.
Tak, to musiał być western. A znając Forda, można być pewnym, że Mosze wiedział, jak dopiąć swego.

Kino Urania na Cegielnianej. Spocona widownia tłoczy się w ławach za trzema rzędami droższych miejsc. Elektryczne lampki rozświetlają kurtynę, kiedy ta się rozjeżdża na boki, szurając frędzlami po deskach sceny. Pianista zaczyna grać kuplet za kupletem, widownia się śmieje i klaszcze. Mosze nie bardzo rozumie, o co chodzi, lecz klaszcze i śmieje się razem z innymi. Im dłużej się śmieje, tym jest mu weselej.
Teraz na scenie pojawia się człowiek guma, wygina się i wygina w tył, aż głowa wynurza się pomiędzy kolanami. Artysta był ponoć honorowym gościem specjalnej sesji naukowej Towarzystwa Chirurgicznego w Hamburgu. Zaraz po nim występują połykacz mieczy i tańczące teriery.
Muzyka milknie.
Huk wystrzałów rozrywa ciszę, sala podskakuje, słychać kobiece okrzyki. Na scenę wpada mały kowboj, wali z koltów w powietrze. Mosze jest pewien, że widział ziejący z luf ogień. Numer nazywa się „Kowboj Bodo, cudowne dziecko XX wieku”. Kolty lądują w kaburach, młody Bodo już kręci lassem wysoko nad głową, słychać zachęcające okrzyki. Pianista intonuje melodię, do której dzieciak zaczyna tańczyć – zaczyna się wyścig.

Muzyka przyspiesza, kowboj też. Publika klaszcze.
Pianista i kowboj pędzą, a ludzie krzyczą i gwiżdżą.
Melodia urywa się z głośnym tąpnięciem, kowboj pada na kolana. Przybiegli do mety łeb w łeb. Chłopak energicznie podrywa się z kolan, kłania się wiwatującym na jego cześć ludziom, wali z koltów i znika. Światła gasną.
Na płachcie z tyłu sceny pojawia się obraz. Pianista znowu zaczyna grać, rusza „Napad na ekspres”.
Dwanaście minut później, w ostatnim ujęciu, wąsaty kowboj strzela do Moszego prosto z ekranu. Zapada ciemność, jest już po wszystkim. Zapalają się światła, a Mosze wciąż siedzi i przeżywa to, co się wydarzyło przed chwilą. Bandyci z koltami i maszynista z szuflą do węgla. Próbował się im przeciwstawić, więc musiał zginąć. Mosze wciąż jeszcze chłonie sceny z obozowiska bandytów w lesie przeplatane z ujęciami grupy pościgowej szeryfa. Nie on jeden. Ludzie rozgadali się, nie zważając na panujący w sali zaduch. Wreszcie śpiewaczka wespół z pianistą intonują popularnego „wyganiacza”: „Es ist so schön, am Abend bummeln zu gehen”. Widzowie z ociąganiem szurają ku wyjściu.
W takim miejscu i czasie rodzi się Aleksander Ford, choć jeszcze tego wcale nie widać.
Mosze przychodzi na świat podobnie jak większość ludzi, z Aleksandrem Fordem rzecz ma się inaczej. Ten utkany jest z fantazji i wyobrażeń. Najpierw własnych, potem też cudzych.

*

Wracając do domu ulicą Cegielnianą, Mosze mija po drodze pałac rodziny Poznańskich. Wielki przedsiębiorca wybudował ich sześć: po jednym dla każdego z potomków. W tym, który mija Mosze, jest około trzydziestu pokoi. Nie licząc kuchni, spiżarni i pomieszczeń przeznaczonych dla służby. Jest ogród letni pełen róż i przeszklony ogród zimowy z palmami wysokości dwóch pięter. Maurycy Poznański pomieszkuje tutaj wraz z żoną i dziećmi przez te kilka tygodni w roku, kiedy zatrzymuje się w mieście. Ale Mosze, mijając pałac, nic o tym nie wie. Co więcej – raczej by go to nie obeszło. Takich pałaców jest tutaj dużo.

Daniel goni za lepszym życiem, ale przecież nie robi tego dla siebie. W każdym razie – nie tylko dla siebie. Tak się jakoś przeważnie układa, że im bardziej rodzic goni, tym częściej dziecko słyszy, że to dla niego.
Zdobyta posada majstra potwierdza słuszność ojcowskiej drogi, ale dopiero powodzenie dzieci będzie jej ostatecznym zwieńczeniem. Dlatego Daniel ciuła grosz do grosza na ich lepszą przyszłość. Dlatego rodzina jeszcze długo nie opuści wilgotnej sutereny, a dzieci będą spać na prześcieradłach uszytych przez zapobiegliwą matkę z worków po mące.
Mosze właśnie kończy piątą klasę szkoły powszechnej, za chwilę ojciec zacznie opłacać jego naukę w gimnazjum. A potem kto wie? Może pójdzie na uniwersytet? Aż wreszcie usiądzie w okularach za jakimś biurkiem. Dopiero wtedy Daniel będzie mógł nabrać pewności, że warto było płacić codzienną daninę. Jednak teraz Mosze zaczyna mu się wymykać. Chłopak dość ma słuchania o wielkiej szansie, która się przed nim otwiera. Dość ma przypominania, że jako dziecko wiejskiego krawca nie mógłby nawet o tym pomarzyć. Dość ma kręcącej się w kółko płyty ojcowskich mądrości.
Daniel nie zauważa, jak syn kuli wstydliwie głowę na dźwięk śpiewnego ojcowskiego głosu, którym ten woła go na kolację. Przez taki litwacki głos ojca syn może się tutaj dorobić przezwiska „Rusek”. To kiepskie przezwisko, zwłaszcza że trwa teraz wojna z bolszewikami.
Daniel włożył wiele wysiłku w to, by stać się, kim jest. Ale jego transformacyjna energia jest już na wyczerpaniu, stracił świeżość spojrzenia. Dwunastoletni syn wprawdzie nie umie tego tak nazwać, ale to doskonale pojmuje.

*

Na początku lat 20. Polska jest zaledwie raczkującym państwem zszytym z trzech innych, a czasy są niespokojne. Ledwie skończyła się wojna światowa, przyszli bolszewicy. Ledwie odparto bolszewików, a gospodarka już zgrzyta i trzeszczy. Polska wchodzi w niepodległość z niemal tysiącem kinoteatrów. W ciągu kilku najbliższych lat upada ponad połowa.

W 1923 roku wybucha hiperinflacja. Wszyscy mają nagle mnóstwo pieniędzy, ale nie mogą za nie nic kupić. Złość, bieda, frustracja. W stolicy seria zamachów bombowych, w całej Polsce strajki, które zabezpiecza policja, czasem też wojsko. Podczas strajków giną ludzie. Niedużo, najczęściej to pojedyncze ofiary. Rządzącym przecież nie chodzi o to, żeby zabijać swoich obywateli. Prędzej już – żeby im dać do myślenia. Żeby ludzie dobrze się zastanowili, zanim po raz kolejny zdecydują się wyjść na ulice. Protesty, podczas których sytuacja wymyka się spod kontroli – i ginie kilkanaście lub kilkadziesiąt osób – zdarzają się rzadko.
W 1923 kiniarze też protestują, ale oni na ulice wychodzić nie muszą. Wystarczy, że odwołają seanse. Bez kina ludzie się nudzą, robią się niespokojni.

Schorowany Daniel umiera w 1923 roku.
Nastoletni Mosze idzie do pracy. Do zakładu, w którym pracował ojciec. Może dyrektor fabryki zlitował się nad rodziną?
Ford czasem będzie się przyznawać do pracy w fabryce. Będzie wtedy też twierdzić, że nie przeszkodziło mu to w dalszej nauce w gimnazjum. Ale to mocno wątpliwe.
Pewne jest to, że w drugiej połowie lat 20. Mosze wyjeżdża do Warszawy. Ma wtedy osiemnaście lat, może odrobinę mniej. Robotnicza Łódź ma niemal tyle samo kin co stolica, ale to w Warszawie kręci się filmy. Dopiero po drugiej wielkiej wojnie Łódź stanie się polskim centrum filmowym, w dużym stopniu za sprawą Moszego (wtedy już – Forda).
Mosze wyjeżdża do Warszawy sam. Dwie najstarsze siostry wyjechały już wcześniej, ale do Rosji – na studia. Nie dość, że kobiety, to jeszcze Żydówki. Takim jak one dużo łatwiej dostać się na uczelnię radziecką niż polską, a rodzina Anny obiecała im pomóc. Matka wraz z młodszym synem i córką, znaną później jako ciotka Celina, jadą do Gdyni – kolejnego miasta, które powstaje z niczego i kusi. Lifszycowie gonią za swoją szansą.

 

Michał Danielewicz

Komentuj

Zaloguj się, by skomentować